Kategorie

Do nabycia

Małżeństwo. Wielka tajemnica

Podróż do wnętrza

okl Jeziorski - Historia pewnej milosci

Kalendarz

Wrzesień 2018
N P W Ś C P S
« Sie    
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30  
  • Jakiś czas temu dostałem na maila zachętę, aby napisać kilka słów na temat życia w Londynie. Nie jest to łatwe zadanie, kiedy większość czasu przeznaczyć musiałem na naukę, jednak z pomocą mieszkających tutaj ludzi spróbuję jakoś oddać to, czego tutaj doświadczyłem podczas miesięcznego pobytu.

    Pierwsza rzecz, która jakoś rzuca się w oczy w tym ponad 10 milionowym miejście to wielokulturowość. Wystarczy przejść się głównymi ulicami, a oprócz języka angielskiego usłszeć można włoski, polski, hiszpański, japoński i wiele innych języków. Oprócz języka często także strój i sposób bycia wyraża kulturę, którą ludzie przywiźli z sobą. I choć z jednej strony jest to jakieś bogactwo i szansa do dialogu, tego wymiaru nie udało mi się zauwazyć.

    Wręcz przeciwnie. W całej tej wielokulturowości Londynu można doświadczyć odrębności, wręcz animowości i braku relacji. Bardzo szybkie tempo życia, ciągły bieg sprawia, że każdy zajęty jest jedynie sobą i swoimi sprawami. Pewnym symbolem tego zamknięcia w swoim świecie są wszechobecni ludzie zaabsorbowani światem wirtualnym dostepnym w telefonie, z słuchawkami na uszach, jakby wyłączeni z tego wszystkiego, co niesie rzeczywistość.

    To co jest jednak ważne dla mnie, a czego tak bardzo konkretnie doświadczyłem, to żywy witalny Kościół. W tym pędzącym wielkim mieście są ludzie, którzy jakby pod powierzchnią tego wszystkiego odnajdują obecność żywego Boga. Są gotowi zatrzymać się, znaleźć czas na modlitwę; ludzie mający także inicjatywę i szukający sposobów głoszenia Boga innym. To właśnie im chcę oddać na chwilę głos:

    Paweł: Mówi się, że w Londynie dzieje się dużo zła, że tutaj ludzie schodzą na złe drogi. I w jakimś sensie to jest fakt. Nieraz strach w sobotę wieczorem wyjsć na ulicę. Jednak ja właśnie tutaj spotkałem Boga, nawróciłem się. W Polsce byłem daleko od Kościoła. Z musu przyjąłem bierzmowanie i tak się zakończyła moja przygoda z Kościołem. Ale kiedy w jakiś sposób zostałem zmuszony do wyjazdu, musiałem wejść w dorosłość, trud, pracę, samotność. Wtedy zacząłem szukać jakiegoś oparcia i odnalazłem Kościół – wspólnotę, która pokazała mi Boga. Powiem szczerze, że gdyby nie upadek w Polsce, którym był niezdany egzamin na studiach, pewnie dziś siedzialbym w jakimś parku na ławce. A tak – tutaj skońyłem studia, próbuję coś tworzyć. To pokazuje mi, że kiedy po ludzku wydaje się coś końecm, z Bogiem jest to nowy początek.

    Benedykt: Będąc w Polsce chodziłem do Kościoła. Ale przez fakt, że środowisko, otoczenie w jakiś sposób w tym pomaga, wydawało się to czymś naturalnym teraz widzę, że ta wiara nie była szczególnie mocna. Kiedy przyjechałem do Anglii zderzyłem się z pierwszym poszukiwaniem pracy, anonimowością wielkiego miasta i to sprawiło, że zacząłem szukać Pana Boga jako pewnego oparcia.
    Przyjeżdzając z Polski przed człowiekiem stają dwie możliwości: albo całkowicie gubi się Boga, albo nawiązuje się głębszą więź z Nim. Wielu ludzi wchodzi w wir pracy, poszukiwanie lepszego życia, pieniędzy, a ostatecznie traci to co najważniejsze. Ale z drugiej strony właśnie ta konieczność świadomego wyboru jest szansą, żeby Boga odnaleźć. Jeśli naprawdę chcę się żyć pewnymi wartościami, to nie ma innej alternatywy.

    Kończąc ze swej strony chcę podziękować Panu Bogu i wszystkim, których tutaj mogłem spotkać. Dziękuję wam za otwartość i życzliwość, za nasze długie rozmowy o wierze i wspólne ubogacanie się. Dziękuję za budujące doświadczenie żywej wiary, za świadectwo obecności Zmartwychwstałego pośród was. Mam nadzieję, że On da nam się jeszcze kiedyś spotkać…

    Posted by ks. Sławek @ 19:14

1 Comment to Londyn – Bóg w wielkim mieście

  • Pax et bonum! Serdeczne ‚Bóg zapłać’ księże Sławku za artykuł o Londynie. Dziękuję również moim serdecznym kolegom – Pawłowi i Benedyktowi za budujące słowa. Nie taki zatem Londyn straszny…? Ja na brytyjską stolicę spojrzałbym mimo wszystko z nieco innej strony. Ksiądz Sławek trafnie ujął londyńską rzeczywistość – wielokulturowość, anonimowość, pogoń za karierą. Owszem, ale to tylko jedna z odsłon prawdziwego Londynu, taka warstwa zewnętrzna atrakcyjnie wyglądającego owocu. Dla wielu przygoda, szansa na rozwój zawodowy, nowe znajomości. Dla innych nowy styl życia, koncerty, kluby, kuchnia świata, wszechobecna uprzejmość, tolerancja, przełamywanie ‚zaściankowych’ stereotypów ‚katolickiego’ myślenia. Dla innych jeszcze Londyn to wspaniały, (hiper)opiekuńczy system socjalny z łatwymi do zdobycia zapomogami, benefitami – jednym słowem migoczące neonami serce świata, istny Eden. Przyglądając się z boku, można ulec wrażeniu, że żyje się tutaj łatwiej, barwniej i piękniej. I pewnie byłoby to prawdą, gdyby pod ową zewnętrzną, lśniącą atrakcyjnie skórką owoc się nie popsuł. A przecież drzewo poznaje się po owocach i kiedy tak patrzę na tych wszystkich zagonionych ludzi (lub raczej zaginionych w labiryncie pokus), to zadaje sobie pytanie: gdzież ci tak spieszno człowiecze? czy myślisz, że jeśli w biegu wskoczysz do metra, by bez obiadu (lunchu) zdążyć na interview lub inny, wagi państwowej appointment, to wygrasz turniej zwany „życiem”? Obyś w ogóle, biedaku, bieg ukończył, a nade wszystko obyś ty w dobrych zawodach wystartował…
    Wielu takich „sportowców” najwyraźniej silne przeciągi w korytarzach metra przewiały, bo cierpią na ciężką do uleczenia przypadłość: ZABURZENIE PRIORYTETÓW ŻYCIOWYCH. Praca ważniejsza niż rodzina, ciało ważniejsze od ducha, dieta wynikająca z braku czasu na jedzenie ważniejsza od zdrowia… Znam osoby, które latami nie odpoczywają, pracując niemal po siedem dni w tygodniu, znam i takich, którzy sypiają po 3 godziny, by gnać wciąż na przód. Iluż w depresji, ilu w kryzysach małżeńskich… Ilu samobójstwa popełnia… Ot i owoce „drzewka szczęścia”.
    Londyn to niestety pustynia, pustynia duchowa, miejsce zasadzek i pułapek zastawionych na wolność – tę prawdziwą, Chrystusową. Aby żyć, trzeba poszukać oazy i cienia. Takie jest prawo pustyni od zarania dziejów. W czasach, gdy ludy wędrowały przez wypalone słońcem pustynne tereny, cień znaczył życie. Wypędzić kogoś z namiotu było jednoznacznym ze skazaniem na śmierć. Dziś ludzie sami opuszczają namiot, skazując się na przegraną. Pustynia w wierzeniach kultur starożytnych była utożsamiana z miejscem przebywania demonów i duchów. Nawet Pismo Święte daje temu wyraz w scenie kuszenia Chrystusa, gdy Ten przez czterdzieści dni pościł. Trzeba zatem szukać NAMIOTU (Tabernaculum) oraz ŹRÓDŁA („Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we Mnie – niech przyjdzie do Mnie i pije” J 7,37).
    Ja trafnie zauważył ks. Sławek, Kościół Katolicki na Wyspach jest Kościołem żywym i kwitnącym. W nim tętni to prawdziwe życie, to owa oaza na wyspie, Namiot Spotkania z Bogiem, który wylewa Swego Ducha na tych, którzy Go szukają. Szukają i znajdują, niosąc Dobrą Nowinę „pogubionym sportowcom”. To także Namiot Spotkania z sobą samym, przestrzeń umożliwiająca stanięcie w prawdzie, miejsce wzrostu duchowego. Poznałem kilka wspólnot parafialnych skupionych wokół Polskiej Misji Katolickiej i to, co rzuca się mocno w oczy to zaangażowanie osób świeckich w życie parafii. Żywe wspólnoty modlitewne, ruchy apostolskie, grupy ewangelizacyjne, powołania do życia zakonnego i kapłańskiego … – oto owoce, zgoła inne od tych, przywołanych przeze mnie wcześniej, owoce zdrowe i piękne, bo i z innego drzewa pochodzą, drzewa Krzyża.
    Londyn może być przygodą, jednak inną, mniej „spektakularną”. Ja mieszkam tutaj od ponad 8 lat, potrafię wygospodarować sporo wolnego czasu, choć przecież aktywnie przeżywam żywot pracując, spotykając ludzi, studiując, robiąc zakupy. Nie toczę wyścigu z czasem, jednak akceptuję to, że upływa. Jest on jak rzeka, której Źródło jest mi znane. Dobrze jest pozwolić się nieść temu nurtowi, co pewien czas przystając na Adoracji, Różańcu, Eucharystii, czy medytacji Biblijnej. Nawet w Londynie można czas zatrzymać, ja tego doświadczam omni die.

    Proszę wybaczcie, jeśli odrobinę się rozpisałem, ale to tylko z tego powodu, że właśnie przed chwilą czas się zatrzymał.

    Życząc wszystkim pokoju w sercach, pozdrawiam i zapraszam do Londynu 🙂
    Nie koniecznie na Oxford Street, ale na przykład do parafii Chrystusa Króla na Balham na adorację Najświętszego Sakramentu, która odbywa się tam regularnie w każdy wtorek o 20.00 oraz niedzielę o 19.00

    Przemysław
    PRO ECCLESIA – BALHAM