Kategorie

Do nabycia

Małżeństwo. Wielka tajemnica

Podróż do wnętrza

okl Jeziorski - Historia pewnej milosci

Kalendarz

Sierpień 2018
N P W Ś C P S
« Lip    
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  
  • Po zwrocie w życiu Estery, o którym pisałem tydzień temu, weszła ona w nowy sposób myślenia i życia. To sposób życia nie dla siebie, ale dla innych. Jej pozycja królewska stałą się dla niej szansą nie tyle dla ocalenia siebie od niebezpieczeństwa, co okazją do służby wobec innych. W ten sposób Estera stała się zapowiedzią tego, co w pełni dokonało się w Chrystusie, stała się także wzorem Kościoła, a tym samym chrześcijańskiego życia. Ono swój punkt centralny ma wydarzeniu Krzyża, dlatego w tym świetle spróbujmy odczytać kolejny rozdział Księgi.

    Zanim pójdziemy dalej w rozważaniu tekstu, chcę nawiązać do tego, o czym pisałem w ubiegłym tygodniu. To ogołocenie Estery, jej wejście w pokorę, w pokorna modlitwę w obliczu śmierci możemy widzieć jako zapowiedź tego, czego doświadczał Jezus w swoim życiu, w drodze do Jerozolimy, a w szczególności w Ogrodzie Oliwnym. On tam, przejęty niebezpieczeństwem śmierci, modlił się do Ojca jako samotny i nie mający znikąd pomocy. I tak jak Jezus w tej mrocznej godzinie podjął decyzję wyjścia naprzeciw temu niebezpieczeństwu – wiedząc, że idzie do Ojca – podobną decyzję podjęła Estera. W ten sposób dochodzimy do kolejnego ważnego elementu w lekturze księgi. Kiedy królowa trzeciego dnia skończyła modlitwę:

    zapłonęła wdziękiem swej piękności, a oblicze jej rozjaśniło się jakby było pełne miłości, lecz serce miała ściśnięte strachem. Przeszedłszy przez wszystkie drzwi, stanęła przed królem. (…) I podniósł majestatycznie swe oblicze, i spojrzał w największym gniewie. A królowa zachwiała, zmieniła się na twarzy, zbladła i przechyliła się na głowę służebnicy, która ją wyprzedzała. (Est 5,1b-1d)

    Tekst w pierwszym rzędzie zwraca uwagę na przemianę, która dokonała się w Esterze, a która byłą owocem jej modlitwy. Królowa zapłonęła wdziękiem swej piękności, oblicze jej stało się pełne miłości a z drugiej strony serce miała ściśnięte strachem. Miłość, która wypełniła oblicze Estery nie była tkliwym uczuciem. Jej serce było ciągle ściśnięte strachem. Miłość ta byłą więc przede wszystkim decyzją, gotowością zapomnienia o sobie, postawienia dobra narodu ponad swoje własne. Ta postawa Estery  może w jakiś sposób pomóc zrozumieć to, czego doświadczał Jezus w ostatnich dniach swojego ziemskiego życia.

    Jan Apostoł wprowadzając nas w ostatnie godziny mówi, że Jezus wiedząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował (J 13,1). To jest ta miłość, która wypełnia Jego oblicze niczym oblicze Estery, która staje się miłością do końca, aż do wydania siebie. Miłość ta była jednak zmaganiem, pokonywaniem własnego strachu i leku. Jezus, kochając swoich aż do końca, chwilę potem w Ogrójcu począł drżeć, i odczuwać trwogę (por. Mk 14,34). Miłość Jego okazała się miłością właśnie przez to, że obliczu trwogi i lęku przed śmiercią nie cofnął się, nie zaczął ratować samego siebie, ale trwał w tej decyzji oddania swojego życia za braci.

    Estera wypełniona miłością wobec swojego ludu, pomimo strachu udała się przed króla, wiedząc, że jeśli nie znajdzie Jego łaski – umrze. Jej droga byłą więc po ludzku drogą na pewną śmierć. Jedynie nadzieja dawała jej światło, że to co po ludzku wydaje się końcem, w rzeczywistości nim nie będzie. Tak weszła do sali króla, a kiedy go zobaczyła, zbladła, zachwiała się i przechyliła się na swoją służebnicę. Estera, widząc króla przeżyła jakby swój koniec, swoją śmierć. Tak można stwierdzić w świetle słowa z księgi Wyjścia, gdzie czytamy, że żaden człowiek nie może zobaczyć Boga i pozostać przy życiu ( por. Wj 33,20).

    Aby zrozumieć tą konieczność śmierci dla oglądania Boga musimy spojrzeć na ten tekst w całości historii zbawienia. W grzechu pierworodnym człowiek zanegował Boga i sam postawił się w Jego miejscu. Od tego czasu centrum życia ludzkiego stało się własne ego. „Ja wiem”, „według mnie”, „ja mam prawo”… ileż takich określeń, które mają jeden wspólny mianownik: „Gdybym miał moc Boga, to ten świat – a przynajmniej własne życie i życie najbliższych – urządziłbym lepiej”. Taki człowiek, który Boga postawił w swoim życiu gdzieś z boku, na marginesie, jako koło ratunkowe w trudnych sytuacjach, nie może tak naprawdę się z nim spotkać, nie może go zobaczyć. Aby spotkać się z Bogiem, aby oglądać Boga żywego i prawdziwego, konieczne jest zanegowanie własnego ja, które uzurpuje sobie bycie Bogiem. Tylko takie przekreślenie swojej woli, a więc niejako uśmiercenie siebie, wprowadza człowieka na nowo w prawdziwą relację z Bogiem.

    Dlatego Chrystus w Krzyżu otworzył drogę całkowitego zanegowania siebie, w której nie było słów mi się wydaje, ja mam prawo, ja mam rację, ja jestem niewinny. Wręcz przeciwnie, On na Krzyżu całkowicie oddał się Ojcu w swojej bezsilności i w swojej śmierci. To było Jego posłuszeństwo aż do końca. Estera, która stanęła przed królem i straciła przytomność jest pewną zapowiedzią tej widzialnej strony krzyża – bezsilności i śmierci. Przed królem już nie tylko wyzbyła się szat i własnej woli, ale straciła nawet przytomność, co jest wyrazem jej gotowości oddania się do końca. Taka miłość aż do końca zawsze będzie prowadziła do własnego obumierania, to tracenia własnego życia. Będzie nieraz podążaniem ze ściśniętym lękiem sercem ku czemuś, co wydaje się śmiercią i porażką.

    Po ludzku wydaje się to bez sensu. Przecież rozsądniejsze wydaje się ocalić siebie. Ale tą mentalność Chrystusa i Estery zrozumie ten, kto nie zapomni o słowach Mardocheusza wypowiedzianych do Estery: „Nie myśl sobie, że uratujesz się w domu króla” (Est 4,13). Próba ocalenia siebie na własną rękę po ludzku wydaje się czymś sprytniejszym, ale tak naprawdę jest to dobrowolne oczekiwanie na wyrok Hamana. To oddanie się bez walki w ręce demona, który tylko czyha, aby wprowadzić człowieka w swój sposób istnienia. Ten demoniczny sposób życia ku potępieniu wyraża się w jednym zdaniu: „Nie będę służyć”.

    Sytuacja człowieka wydaje się po ludzku bez wyjścia: z każdej strony otacza go śmierć. I tak faktycznie jest. Rozwiązanie przynosi Chrystus. O tym napiszę w przyszłym tygodniu.

    Posted by ks. Sławek @ 20:48

Comments are closed.